Przez świszczenie w uszach i bąble powietrzne między oczami przedzierał się dzwonek telefonu. Najbardziej wkurzający był jednak nieodłączny wibrator, który telepał stolikiem stojącym przy łóżku. Fleischman z zaropiałymi oczami przewrócił się na bok i sięgnął po telefon, mimo wszystko dość świadomy świata. Na drgającym nieznośnie telefonie stało, że jest 11:07.
- Kharllloooo...? - zapytał nie przetartym jeszcze gardłem i od razu zakrztusił się flegmą tytoniową.
- Fleischmann. Mam nadzieję, że wiesz o kolejnym trupie - pytał redaktor Roch Koza.
- Whiemhrrr... Khmk, khmk. Byłem na miejscu. Wiem prawie wszystko. Dokręcę ok. 14stej i mamy materiał. Jureckiego ściągnąłem, także zdjęcia też mamy, lepsze niż do Uklei. Daj mi godzinkę na zebranie się. Kładłem się o siódmej - całkiem przytomnie jak na wczorajsze przeżycia i krótki sen spowiadał się Fleischmann.
- No dobra, dobra. Chciałem wiedzieć czy wiesz co trzeba. Bądź na drugą co? - dodał jeszcze Koza i się rozłączył.
Fleischmann usiadł na łóżku. Krew odpłynęła nagle z głowy, więc zrobiło mu się lekko słabo i niedobrze. Mimo to czuł, że czuje się nieźle. Dopiero po chwili myślenia przerywanego świszczeniem w uszach skonstatował, że wciąż jest pełen alkoholu. I choć treźwy, to jednak fizycznie pijany. Przeraził się tym, co będzie po południu. I przypomniał sobie dlaczego wciąż jest pijany. Mamyszak częstował go przecież wczoraj jakąś bejcą, żeby się nie pożygał patrząc na wicedyra architektury nabitego na rurkę z kranem z podpiętym wężem.
Potruptał do kuchni zrobić sobie kawę. Jednak rozpuszczalną. Na przygotowywanie kafetiery nie miał siły. Kiedy dłubał przy czajniku próbując rozgryźć, w którą stronę należy popchnąć guzik, aby zagotować wodę przypominał sobie szczegóły wczorajszego, czyli dzisiejszego poranka z Mamyszakiem.
Polonez z wdziękiem czołgu jechał przez miasto niemal 20 minut. Pech chciał, że dyrektor, który miał niby pośliznąć się na dachu, mieszkał na Bieżanowie. Podróż więc trwała, a Fleischmann miał czas rozmyślać.
- O kurwa! - zakrzyknął w głowie stojąc nad czajnikiem. - Całowałem Augustynę.
Szybko ścągnął brwi licząc, że myśli powrócą na stary tor.
W piwnicy pamięci usłyszał radośnie-wkurwiony głos Mamyszaka sprzed siedmiu godzin. - Kurwa redaktorze. Szczerze mówiąc to jestem wpieniony, bo liczyłem, że coś przyniesiesz z tego spotkania z wicegłównym architektem. Będziemy se teraz musieli inaczej radzić. Spróbujesz pogadać z jakąś znajomą biurwą coby mogła mieć zielone pojęcie o sprawie? Jak ja tam zjadę, to się posrają i nic nie puszczą z gęby - tokował przyjaźnie podinspektor.
- Pogadam, pogadam... - mówił Fleischmann pod nosem. Po czym wrzasnął. - A skąd ty kurwa wiesz, że ja się z nim miałem spotkać. Ja pierdolę. Podsłuchujesz mój telefon? - kończył z niedowierzaniem. Nie wiedział, czy bardziej nie mógł uwierzyć w to, że Mamyszak mu nie ufał, czy w to, że jest tak naiwny, że liczył, że Mamyszak mu ufa.
- A co cię to interesuje. Jakoś sobie w życiu trzeba radzić - odparł Mamyszak, czegoś speszony. Normalnie, by się przecież chełpił, tym co zrobił. Nic innego tylko, sierżant kierowca musiał być nie ze swoich i Mamyszak czuł, że przegiął z treściami ustnymi. Milczał więc, aż dotarli na Bieżanów. Kiedy wysiadali Mamyszak, podał piersiówkę Fleischmannowi i powiedział: - Pociągnij zdrowo i odśwież poziom promili. Ponoć jest nieładnie.
Fleischmann zachwycony dobrocią podinspektora potraktował, to jako formę przeprosin za podsłuch. I pociągnął. Coś co smakowało jak „Slanskij Briag”.
Mamyszak wiedział, co mówił. Kiedy prowadził zawianego do potęgi Fleischmanna policjanci opiekujący się znaleziskiem patrzyli na nich z lekkim przerażeniem. A przecież widzieli już trochę podobnych rzeczy.
Wicedyr leżał twarzą do ziemi. Chwała bogu. Z pleców wystawała mu metrowej długości rurka zakończona kranikiem. Od niego odchodził wąż, który wracał do pleców dyrektora.
- Zero świadków. Żona, gdzieś wyjechała - relacjonował Mamyszakowi jakiś sierżant. - Nie wygląda na to, żeby się z kimś bił, a na dachu ponad tym miejscem jest kilka zerwanych dachówek. Jakby łaził po dachu i jak spadał, to je wyszarpał - kontynuował.
- Nie pierdol. Taki koleś nie chodzi po dachu - zrugał sierżanta Mamyszak. Ale pod nosem, bo wiedział, że na pierwszy rzut oka jego rozumowanie ma sens. - Zróbcie sprawdzian, czy ktoś z nim mógł włazić na ten dach - zalecił.
Dalej już było prosto. Sąsiedzi widzieli jak dyrektor zajechał do domu ok. ósmej. Światło zgasło ok. 22giej. I tyle. - No jak się nabił, to raczej światła nie wyłączył - podrapał się za uchem podinspektor. - Kurwa! - krzyknął, bo nadepnął na wąż, a dyrektor się wzdrygnął.
Fleischmann oglądał jak robią zdjęcia. Jak zabierają pacjenta na badania. Jak Mamyszak się szamotał z technikami, którzy leniwie brali się do sprawdzania śladów na schodach na poddasze i na dach.
Potem obserwował jak ze starego Punto wysiada Jurecki, po którego dzwonił jeszcze z radiowozu w drodze na Bieżanów. - Czołem redaktorze Fleischman. Dziś będzie bardziej autentycznie co? Wczoraj mieliśmy mniej szczęścia - powitał go tradycyjnie z mrugnięciem oka. - Będzie dobrze, rozchmurz się. Tym bardziej, że widzę, że nocy się nie marnowało. He he he he… - ciagnął równie tradycyjnie.
„Ciekawe, kurwa co powiesz, jak zobaczysz swojego autentycznego trupa” - Fleischmann mściwie popatrzył w stronę Jureckiego, choć lubił typa. Denerwowała go jednak czasem nadmierna wesołość, podziwiał za to opanowanie i spokój, którymi Jurecki dysponował niezależnie od sytuacji. Nawet kiedy świat redakcyjny się walił, nie miał kto robić zdjęć, dedlajn był za kwadrans i wszystko wskazywało na to, że po raz kolejny krakowski oddział spóźni się ze zsyłaniem gazety do druku, Jureckiemu uśmiech nie schodził z twarzy. Co pozytywnie odbijalo się na reszcie, która też jakoś łatwiej przechodziła wtedy stres.
Tym razem Jurecki również zachował spokój. Kiedy tylko zobaczył nabitego dyrektora Wandachowicza zamilkł i spoważniał, ale bez wybrzydzania zabrał się strzelanie portretów en face. - Skubany - mruknął do siebie Szymon.
Kiedy o szóstej trzydzieści wracali z Mamyszakiem do miasta nie wiedzieli jeszcze nic. Poza tym, że jest mnóstwo śladów, o których nie wiadomo, czy się do czegokolwiek przydadzą. Obydwaj byli oczywiście święcie przekonani, że Wandachowicz padł ofiara takiego samego rodzaju wypadku, jak dzień wcześniej Ukleja; dramatycznie szybka i zabójcza choroba nazywała się za duża wiedza, albo nieposłuszeństwo. Tylko wciąż nie wiedzieli wobec kogo?
Mamyszak na pożegnanie wziął go na bok. - Słuchaj. W aucie na podłodze leżała teczka, ale bez sygnatur. W środku zero papierów. Schowek otwarty. A w domu sterta innych papierów w oznaczonych sygnaturami architektury teczkach. On się miał z tobą spotkać. Może coś ci chciał pokazać. Wiesz to tylko ty i ja na razie. Jak potrafisz do wieczora coś posklejać z tego, to pisz. Masz błogosławieństwo - po czym klepnął poufale Fleischmanna w plecy i wsiadł do poloneza. Choć tego nie znosił, tym razem się nie wzdrygnął. Mamyszak był zbyt poważny, więc wiedział, że nie robi sobie jaj klepiąc go w plecy.
Siorbiąc kawę z mlekiem powoli wracał do życia, które wciąż wydawało się być za wielką szklaną ścianą. Składał do głowy fakty, które nadawały się do opisania w gazecie i oczekiwał, że przyjdzie mu nagle do głowy jakiś świetny pomysł. Z kim, by tu jeszcze porozmawiać? Wbrew oczekiwaniom Mamyszaka nie znal zbyt wielu osób w architekturze, które byłyby skłonne otworzyć usta po takich wydarzeniach jak w ostatnich 30stu godzinach.
Kiedy wychodził z mieszkania zerknął jeszcze w lustro w łazience. Piekielnie blada z niewyspania i przepicia twarz przypomniała mu, że możnaby umyć jeszcze raz zęby. Po pierwszym myciu sprzed pól godziny nie pozostawało nawet wspomnienie. W ustach panował niepodzielnie kapeć papierosowo-alkoholowy.
Niestety szorowanie szczęki jeszcze raz przypomniało Flesichmannowi wydarzenie wczorajszej nocy. - Do kurwy nędzy. Jestem nieźle pojebany. Przecież widzę ją codziennie w pracy. Np. dziś zaraz zobaczę. Dżizas co ja teraz zrobię - gadał do siebie na glos wyrzucając napowietrzone kulki spienionej pasty do zębów. - Dobrze, że siedzi po drugiej stronie redakcji. Kurwa! Muszę coś wymyślić, żeby dziś tam za wiele nie siedzieć. Nawet nie wiem jak się do niej teraz odezwać. Może będzie chciała gadać, to co ja jej powiem. Że byłem nietrzeźwy. To się obrazi. Że to była pomyłka. To się jeszcze bardziej obrazi. Tym bardziej, że nie była pomyłka. Udawać, że nic się nie stało się też nie da - kończył płukając usta.
I ostatecznie postanowił, kiedy szedł do redakcji chodnikiem Karmelickiej, że będzie się zachowywał jakby nic się nie wydarzyło. Nic lepszego mu nie przyszło do głowy. - A tak, to co najwyżej przetestuje się ją, czy będzie chętna, żeby komuś o tym w redakcji wygadać. O kurwa! Co będzie jak ona komuś to powie. Kurwa co za wstyd - gdzieś na wysokości Batorego, obudziła się jego prywatność. Gdyby potrafił palić na chodząco wyciągnąłby papierosa i zapalił. Ale nie lubił i nie umiał. Palenie na chodząco go znacząco wnerwiało. Papieros się marnowal, bo on nie mógl oddychać przez nos z powodu wiecznego kataru, więc pociągał go z częstotliwością istotnie za małą, by wykorzystać cały tytoń w papierosie. Poza tym dym nie smakował wtedy tak dobrze, bo płuca idącego zbyt dobrze się przewietrzały. Poza tym nie mógł skutrecznie oddychać co kończyło się mini napadem paniki, jak u każdego klaustrofobika. Skończyło się więc na tym, że kupił po drodze paczkę fajek. Przypomniał sobie bowiem przy okazji, że nie ma już ani jednej po wczorajszej nocy i eskapadzie na Bieżanów.
W redakcji nadzwyczaj szybko przemieścił się od drzwi do swojego biurka, aby nie zauważyła go Augustyna, której i tak - jak zauważył szybkim zerknięciem przez ścianę z szyby - nie było przy należnym jej biurku. To dodatkowo go zdenerwowało, bo uznał, że na pewno zaraz wyjdzie z kimś z kuchni i przywita go w jakiś uwłaczająco wylewny sposób, który wszystkim dookoła wyjaśni co zaszło między nimi minionego poranka.
Przyspieszył więc kroku i dopadł krzesła przy swoim biurku z naprawdę głośnym westchnieniem. Zdążył zaledwie wcisnąć guzik włączający komputer, kiedy pożałował westchnienia, bo nad ścianką boksu pojawiła się irytująca głowa Rocha Kozy.
Roch był fajnym chłopakiem, ale Fleischmann nie miał teraz ochoty wysłuchiwać jego zgryźliwych żartów i bezlitosnych złośliwości. Tym bardziej, że „!kurwa! przecież oni w redakcji mogą już wszystko wiedzieć. Ona tu była już ze dwie, trzy godziny temu i wszystko mogła naopowiadać.” Na dokładkę jego ciało było drętwe jak nie jego. Dotknięcie klawiatury, kiedy wpisywał hasło logujące go do komputera, wskazywało jednoznacznie, że szklana ściana wciąż oddzielała go od świata; bodźce dochodziły z sekundowym opóźnieniem. A szumienie w głowie nie ustawało. Na szczęście, kolejny dzień po nadmiarze wódki dowodził, że Fleischmann nie miewa kaców. Był tylko kurewsko zmęczony; choć wlaśnie rozpoczął się jego dzień pracy. I było w pół do pierwszej.
- No co tam Fleischmann. Widzę, że kontakty z komandante Mamyszakiem wychodzą ci na zdrowie. O tej porze przyjść nawianym do pracy to osiągnięcie, jakiego tu nie było z pięć lat co najmniej. Żeby choć z tego jakieś korzyści dziennikarskie były. A tak, to tylko wątroba siada, dziewczyny opuszczają i nie ma kto prać zadymionych koszul - przywitał go Koza z przypisanym sobie wdziękiem. - Wpiszże szybko do rozpiski, co mi napiszesz o tym Wandachowiczu. I tak za długo spałeś. Żebym wiedział na czym stoję z robieniem gazety - dokończył równie uśmiechnięty.
- Rochu, wszystkie Roszki to fajne chłopy, ale ciebie dziś nienawidzę. Nie wiem co ci napiszę. Na razie wiemy, że nie żyje z powodu czyjejś pomocy - zablefował, bo wcale nie był pewien jeszcze czy może to napisać, ale chciał mieć na jakiś czas spokój od Kozy. Ugryzł się w język, bo taki pośpiech to był błąd, ale było za późno. - Czy coś mi się jeszcze uda uzbierać, to ci powiem za dwie, trzy godziny. Wybacz, ale oglądałem dziś nadzwyczaj przyjemne rzeczy o poranku - Szymon uznał, że się odgryzł. Choć trochę.
- Wiem. Taka buzia każdego nastraja przyjemnie do życia - uśmiechnął się znowu Roch, co przyprawiło Fleischmanna o kompletną palpitację serca. „Czyżby ona rzeczywiście już wszystkim napaplała?” Ale zaraz uspokoiło go dokończenie myśli Rocha już znad jego nieodległego biurka. - Widziałem foty. Spoko. Wiem, że nie było milo - całkiem poważnie komentował Roch. „Jezu, jak dobrze, że widział zdjęcia” - zdrętwiał Szymon.
Komputer uruchamiał się tradycyjnie w tempie wielkiego pieca hutniczego. Fleischmann wstal więc i rozpoczął uważne skradanie się do kuchni, żeby w automacie zrobić sobie kawę. Zaleskiego jeszcze nie było. Zdążył to zauważyć, kiedy po drodze brał swoją gazetę z półki na pocztę. Nie miał więc z kim pozżędzić na pogodę i nieznośność porannego wstawania. Odnotował również, że wciąż nie było Augustyny. „To dobrze, dobrze. Mniej czasu będę musiał udawać, że nic się nie stało” - wywrócil sam do siebie oczyma.
Kawowy automat rzęził mieląc kawę, po czym powolnie zaczął ciurkać czarną cieczą. Po raz drugi tego dnia zadzwonił telefon. Z napisu na ekranie wynikało, że dzwoni „żywa kpina”. „Kurwa, kurwa, kurwa! Kaśka. Kurwa! Co ja jej powiem, a propos Augustyny?” - pytał siebie samego Fleischmann. Po czym zaraz trzasnął zdenerwowany kręgami szyjnymi, by postawić się na nogi i z westchnieniem ulgi stwierdził: - „A niby skąd ona ma coś na ten temat wiedzieć. Jezus. Jestem niezłym idiotą.”
- Halo - odezwał się, nieświadomie okazując zadowolenie.
- A ty co taki zadowolony? Poznałeś kogoś, kto cię wczoraj poderwał i poprawiłeś sobie w ten sposób humor? - zapytała z mostu Kaśka.
„Ja pierdolę. Może ona jednak coś wie? Z kim ona mogła gadać?” - zaczął gorączkować się Szymon. - No mam po prostu kolejnego trupa i zaczyna się robić z tego interesujący temat. Poza tym miałem okazję pospać dziś do południa - uznał, że to wystarczy za wyjaśnienie.
- No słyszę właśnie, że jesteś pełen werwy z płucami po 30stu papierosach. Słuchaj. Przepraszam cię za wczorajszy wieczór. Wpadnę dziś do ciebie z jakimś jedzeniem i zrobimy jakąś kolację co? Będę ok. siódmej. Mam jednak klucze do ciebie, nie zapomniałam ich u rodziców w domu, więc możesz się spóźnić - mówiła szybko. - Tylko nie przegnij. Na ósmą masz być - dodała, żeby nie było zbyt łatwo.
- No dobrze. To jest dobry pomysł. Zdążę może nawet na dziewiętnastą, bo nie dam rady już dziś wiele zrobić. Tak serio to spałem tylko cztery godziny, więc i tak nie wytrzymam dłużej w pracy - potwierdził z ulgą, bo już wiedział, że jego panika była całkowicie nieuzasadniona. Nie mógł się jednak pozbyć poczucia niepokoju, które ogarniało go za każdym razem gdy zerkał na biurko Augustyny, by sprawdzić czy dotarła. Zawsze też kiedy niepokój dopadał go, gdy w głowie pojawiałą się Kaśka.
Reszta dnia w pracy upłynęła bez emocji. Odbył trzy kilkunastominutowe rozmowy z Mamyszakiem, po których ustalili, że napisze, że policja jest zdecydowanie pewna, że Wandachowicz o ile nie został zamordowany, to spadl z dachu po bójce (choć Mamyszak nie ukrywał, że badania ciała będzie miał najwcześniej następnego dnia), że policja wiąże jego śmierć z Ukleją, i że jest już na tropie prowadzącym do sprawców, lecz ze względu na dobro śledztwa nie może podać szczegółów (co również było całkowitą blagą; Mamyszak próbował robić dobre wrażenie przed swoimi przełożonymi i postraszyć morderców, licząc, że jeśli są amatorami zrobią jakiś błąd). Jedyną zaletą tego porozumienia był fakt, że napisze o tych bzdurach jako jedyny w mieście.
W trakcie i w przerwach wszystkich rozmów, Augustyny wciąż nie było w redakcji.
O szesnastej opowiedział wszystko na zebraniu redakcyjnym, po czym pół godziny później, zabrał się za pisanie. Wcześniej redakcja przemaglowała go na wszystkie możliwe strony pod kątem spekulacji na temat tego dlaczego obydwaj panowie zginęli. Fleischmann nie zająknął się ani słowem, że chodzi o działki pod muzeum. Było na to za wcześnie, a redaktorzy zmusiliby go do tego, by coś na temat napisał.
Augustyny wciąż nie było w redakcji.
Później nastąpiło niemal trzy godziny uporczywego stukania w klawiaturę komputera. Fleischmann jak zwykle nie miał pomysłu na tekst, tym bardziej, że brakowało mu konkretnego materiału; tempo pisania było wolniejsze niż przesyłanie jego tekstu za pomocą telegrafu. W czasie piętnastu przerw na papierosa próbował wymyślić bezskutecznie z kim trzeba porozmawiać, aby czegoś się dowiedzieć. Jednocześnie próbował się wydobyć z ogarniającej go senności, która opuściła go dopiero po osiemnastej.
W czasie czternastej przerwy zaczepił go Stanlej. - No Fleischmann, może byśmy kawę jakąś wypili. Widzę, że nieszczególnie wyglądacie - skrzywił się zapraszająco.
- Nie mogę już dziś. Wypiłem z pięć kaw - bronił się Fleischmann, choć wiedział, że chodzi jedynie o dotrzymanie towarzystwa przy automacie.
- Dobra, dobra. Weźże napisz ten tekst jakoś sensownie. I słuchaj, Jak chcesz to daj sobie spokój z pisaniem na kilka dni, tylko weź się porządnie za tę sprawę Uklei i Wandachowicza. Mam nadzieję, że już wiesz gdzie piszczy w trawsku - zachęcił go Stanlej.
- Coś tam wiem. Gorzej z potwierdzeniem - westchnął Fleischmann.
- Jasne - pokiwał głową Zaleski. - Wyglądasz jak wiesz kto, po imprezie - dodał na zachętę.
- Wiem - usmiechnął się na wydechu z fuknięciem Szymon, bo obydwaj wiedzieli, że mówią sąsiedzie Stanleja z boksu, który przepicie pokrywał zakrapianiem oczu tłumacząc, że jest alergikiem.
Augustyny wciąż nie było. Fleischmann po skończeniu tekstu postanowił wpisać się w rozpiskę na następny dzień. Chciał się wyspać i było oczywiste, że nie będzie go na zebraniu. Kiedy ją otworzył okazało się, że Augustyna przez cały dzień była poza Krakowem i zbierała materiał do reportażu. Wkurwiony na siebie Fleischmann walnął ręką w biurko. „Kurwa! Gdybym tu zerknął nie miałbym problemów z sercem i żołądkiem. Dżizas. Wyrok następnego dnia” - klął.
Otwieranie drzwi nie trwało zbyt długo. Oprócz szumu wentylatora, słyszał też skwierczenie na patelni. Zrzucił torbę, zdjął windstoppera, zzuł obuwie i wszedł do kuchni. Od razu przełknął ślinę. Kaśka stała przy piecyku gazowym ubrana we wrzosową bluzkę ze sporym dekoltem powiększonym o dwa rozpięte guziki, najwidoczniej ze względu na temperaturę w jego kuchni wielkości sporej szafy. To nie było wszystko. Nadzwyczaj zdezorientowany przyglądał się jej nogom, które były ubrane jedynie w czarne siateczkowe rajstopy, spod których z kolei wyzierały jakieś bliżej mu jeszcze nieznane majtki z gładkiego materiału nadzywczaj obficie obnażające jej pośladki.
- Nie gap się mi w tylek, tylko pomóż - pogoniła go znad piecyka. - Opróżnij zlew i podaj sitko na makaron - zakończyła komendę, dodając wyjaśnienie: - Oblałam sobie spódnicę winem. Leży w wannie, więc ręce myj w kuchni.
- Jasne - mruknął zdezorientowany. Wciąż miał w głowie niewyjaśnioną sytuację z Augustyną i poczucie winy. Teraz wiedział, że to nie był niepokój, który go dręczył cały dzień.
Talerze i naczynia po polędwicy w sosie pieprzowym wylądowały w zlewie, a Fleischmann z Kaśką na łóżku z kieliszkami wina z drugiej już flaszki. Ona wciąż w rajstopach i rozpiętej wrzosowej bluzce, niebezpiecznie wzdętej, opowiadała mu o starciu z tłumaczem, który nie potrafił dotrzymać żadnego wyznaczonego mu terminu. On już zapomniał o winie i poczuciu winy, bo jedyne na czym mógł się teraz skupić podskakiwało przed nim podniecone treścią przemówienia. Bluzka nie chroniła już piersi, które w pól leżącej pozycji właścicielki nader śmiało wychylały się z biustonosza i próbowały go sobą zainteresować. Blada skóra przezierająca zza siatkowych rajstop i fragmenty „tyłka” również coraz bardziej się niepokoiły. Wreszcie nie wytrzymała właścicielka i złapala go za włosy mieszając w nich jak w kaszy. On zmęczony wczorajszą nocą i porankiem oraz niemałą ilością właśnie wypitego wina pochylił się w stronę rozpiętych guzików, jednocześnie odstawiając kieliszek na stolik. Mimo całego rozgorączkowania był strasznie odrętwiały ze zmęczenia. Jego wargi potrafiły się jednak zdobyć na odrobinę finezji i rozpięły kolejne dwa guziki bluzki, po czym zabrały się za odrysowywanie naściennych malunków, z jakiejś francuskiej jaskini, na wychylających się z biustonosza fragmentach ciała. Robilo się cokolwiek duszno, więc Kaśka musiała za niego rozpiąć haftki. Po kilku ładnych latach znajomości z kobietami haftki wciąż pozostawały dla niego węzłem gordyjskim, który chętnie by rozciął gdyby nie obawiał się szalu wściekłości właścicielek biustonoszy.
W tym momencie rozterkotał się telefon. Przez sekundę chciał go nie odbierać, ale musiał przynajmniej wyłączyć dźwięk, który nie był zbyt przyjazny. Jedno zerknięcie na ekran i nacisnął jednak ziomy guzik. Dzwonił Ryszard Poczwarski, przedsiębiorca pogrzebowy, a jednocześnie dobry przyjaciel Uklei.
- Halo, słucham - rozpoczął patrząc na zniesmaczoną twarz Kaśki siedzącej na łóżku i zastanawiającej się, czy nie zapinać haftek z powrotem, by w mokrej spódnicy pójść sobie do domu.
- Dobry wieczór panu, mam nadzieję, że nie przeszkadzam - chrząknął grzecznie Poczwarski. - Chciałbym pana wreszcie zaprosić do siebie na jutro. Mam coś do pokazania, jak pan wie. Proszę być u mnie jutro - po raz kolejny zapraszał Poczwarski, na którego Fleischmann nie mógł znaleźć czasu od trzech tygodni.
- Ech wie pan, nie wiem czy będę mógł. Jednak te wypadki z dwu ostatnich dni są dośc ważne - próbował znowu wymigać się Fleischmann, tracąc cierpliwość, bo jakimś cudem Kaśka wciąż nie wychodziła.
- Mam coś ważnego do pokazania panu w zakładzie. Proszę być jutro - nie ustawał Poczwarski.
- No dobrze, to umówmy się, że będę o 13stej. Dobranoc - kończył Fleischmann i rzucił słuchawką, zapominając, że to komórka, która rzeczywiście rozpadła się na podłodze, przy okazji skutecznie się wyłączając.
Rozmowa nie mogła jednak trwać dłużej, bo bez haftek, które jednak zostały rozpięte zaczął się chaos.
Półokrągłe obiekty rozgorączkowania jak rtęć w próbówce biegały raz prawo, raz w lewo. Obserwował dobrze znane podwójne zmarszczki pod każdą z nich. Usta ledwo nadążały próbując trafić w najcieplejsze szczytowe fragmenty tych niezidentyfikowanych obiektów wzrostu ciśnienia, na które kiedyś dal się poderwać. Kryniczanka już dawno waliła mu w oczy, więc stracił cierpliwość i zaczął zdzierać siatkowe pokrycie dolnej części ciała. Wciąż nie podnosząc głowy jeździł nosem po skórze ”żywej kpiny” w poszukiwaniu zapachów, co chwila wpadając w bardziej wklęsły niż zwykle w przypadku damskim, środek brzucha. Najpierw jednak musiał odsłonić dodatki. Zupełnie przypadkiem osłona dodatków pękła na szwie, ale teraz już nikt się tym nie przejmował. Wcześniej nim do dodatków, dostał się jednak do znanego świetnie pieprzyka w pachwinie, który za każdym razem oglądał jak najrzadszy na świecie egzemplarz znaczka brytyjskiej poczty. Dalej była już tylko brytyjska królowa, bo polskiej dziś nie było, a określenie jej madonną jasnogórską zepsułoby sytuację bardziej niż telefon od Poczwarskiego. Królowa byla ubrana w całe mnóstwo brązowych skrawków norek, które niestety nie były zbyt delikatne. Ale w tej sytuacji działały jak najbardziej zachęcająco. Dalej było już gorąco. Po kilku sekundach, dalej było też i słono i mokro. Dalej było już pornograficznie i białkowo. Dalej spadl z krzesła pusty na szczęście kieliszek z Ikea, który jakimś cudem się nie zbił. Dalej żywa kpina wierzgnęła głośno (zarówno ze względu na stęk łóżka jak i na jęk żywej kpiny) spadając z podpierającej ją poduszki. Jednocześnie tętno krwi Fleischmanna zaczęło nadawać rytm wszystkiemu co się działo. Cały już zdrętwiał i nie potrafił się powstrzymać od dalej, bo najpierw jej dłonie wzięły i jego, a potem zęby zaczęły oznaczać to co chciała cala reszta. Nie mógł się wstrzymywać, bo skończyłoby się żenująco; no może nie żenująco, ale nie tak jakby chciał. Wpięty jak w gniazdko pod napięciem 380 volt jeszcze bardziej stracił kontrolę nad tętnem. Głowa zaczęła mu podrygiwać jak wańka-wstańka, ostatecznie waląc najpierw w ścianę, a potem w krawędź łóżka. Potem już nie bardzo pamiętał. Nie wiedział, że głowa bardzo bolała. To był koniec zapasów energii na ten dzień.
2009/06/08
2009/05/14
odc. 13sty - czyli pechowy, choć Fleischmann niekoniecznie następnego dnia będzie tak uważał
Zwalił się już dość ciężko na krzesło koło Flammenbuchera i Augustyny. Sześć wiśniówek zrobiło swoje. Siódma na stole nie zepsuła mu jednak humoru i pociągnął od razu jedną czwartą pojemności dla rezonu. Bez tego nie wytrzymałby ani minuty więcej. Robiło się bardzo duszno.
Wyszli z Marią Augustyną. Czy też Augustyna wyszła, a on za nią podreptał uprzejmie podając, pomagając, otwierając, zamykając. Ona złapała go parunastu sekundach pod ramię. Fleischmann przez następne kilka minut próbował więc złapać rytm kroku Augustyny, by nie robić jej przykrości. Milczał przy tym jak nagrobek rabina.
- Dokąd my właściwie idziemy - zapytała.
"No kurwa, musiała zapytać" - pomyślał.
- No, oboje mieszkamy w jednym kierunku, nie? - odparł rezolutnie.
- Aha? - westchnęła. Co było jasne dla obydwu stron, nie takiej odpowiedzi oczekiwała.
Zdążyli zrobić zaledwie kilkaset metrów. Weszli na Planty. Fleischmann nie wytrzymał.
- Muszę na kilka sekund się oddalić - tlumaczył się oddalając. Presja była zbyt wielka, by liczyć się z konsekwencjami. Po niedługim poszukiwaniu miejsca, skrycie umieścił owoc pracy swoich nerek pomiędzy korzeniami drzewa osłoniętymi krzakami. Na twarzy pojawił się wzmożony uśmiech debila, który został mu na twarzy, kiedy ponownie dawał się wziąć pod rękę przez Augustynę. Ta tym razem nie wytrzymała i prychnęła śmiechem. - Zastanawiałam się właśnie ile jeszcze będziesz tak wzdychał tęsknie, za toaletą - zakończyła prychanie. On się nie odezwał. Tylko miarowo potykał o występy w chodniku, kiedy zmierzali.
Kiwał się przed Augustyną wykorzystując prawą rękę jako oparcie (ta był a kolei wsparta na ścianie bramy). Wiedział niestety doskonale, że nie ma czasu na papierosa, w czasie którego mógłby się zastanawiać co zrobić; decyzję o tym czy pocałować musiał podjąć natychmiast.
Augustyna z radosnym acz również odrobinę nietrzeźwym uśmiechem grzebała bowiem w swojej torebce; w domniemaniu poszukując kluczy do bramy. Jej nadmiernie długie grzebanie przekonało Fleischmanna, że ta jedynie zła decyzja jaką mógł podjąć jest właściwym ruchem.
Wykorzystując wahanie swojej postawy cielesnej zaczął zbliżać więc twarz swoją w pobliże ucha Augustyny, zakładając że taki ruch w ewentualnym razie przypadku nieprzyjaznego odbioru, będzie mógł wytłumaczyć nieporadną próbą przesadnie wylewnego pożegnania.
Wtedy jednak mózgownica podsunęła mu jeszcze jedną wątpliwość - nad wyraz istotną w tym wypadku, jak mu się wydawało. - Jestem pijany - pomyślał. - Bardzo pijany. Jezu! Będę nieruchawy, bełkotliwy i powolny. Eeee... Może jednak nie dziś. Jeśli udało się raz… Może jeszcze się…
Było jednak za późno. Niekontrolowane wahnięcia spowodowały, że jego nos dostał się jednak w pobliże ucha Augustyny. Opory przed jedyną złą decyzją przełamał zapach, który poczuł: gruszki zmieszanej z brandy i majonezem.
- Boże, którego nie ma. Ona już teraz pachnie majonezem - westchnął w głowie swej.
Nabrał powietrza przez wciąż dymiące od 30-stego już dziś papierosa nozdrza i postanowił pochylić się kontrolowanie-przypadkiem ponownie.
Tym razem trafił (dopiero po dłuższej chwili złapał się na tym, że ktoś mu pomógł) w coś miękkiego, ciepłego, mokrego i ruchliwego. Zabolał go żołądek męczony przez całodzienny brak pożywienia, a plecy przypomniały mu, że chciałby się położyć.
Położyć się nie mógł, więc drugą ręką oparł się na ścianie bramy. To był już piąty punkt podparcia, bo nie licząc nóg i prawej ręki, od dłuższej chwili opierał się też ustami, które wcale nie opierały się w przełamywaniu oporu, wcale się nie opierających ust Augustyny.
Nagle okazało się, że klucze już dawno zostały odnalezione w torebce. W drzwiach bramy szczęknął zamek.
Niemal równocześnie w kieszeni Fleischmanna rozbrzęczał się dzwonek telefonu. Jeśli ktoś o czwartej nad ranem przedarł się przez jego filtry znaczyło, że trzeba odebrać.
Mamyszak?
- Halo kurwa. Redaktorze śpisz? Mam informację cenną. Może jeszcze zdążysz przed dedlajnem - rozległ się radosny wkurwiony głos Mamyszaka w słuchawce.
- Jestem już po każdym możliwym dedlajnie, włącznie z prywatnym dedlajnem wytrzymałości alkoholowej, a ty doskonale o tym wiesz - Fleischmann zdołał w sobie zebrać na tyle sił, by wyrwać się ze świata bramy Augustyny.
- Mamy kolejnego trupa. Na pewno cię to ucieszy, bo nie będziesz musiał rano wstawać na spotkanie. Twój szanowny wicedyr Architektury poślizgnął się nieszczęśliwie naprawiając dach swojego domu, wyobraź sobie - wygłosił klasyczną notatkę prasową Mamyszak.
- Super kurwa - przerwał połączenie i wyłączył telefon Fleischmann.
W tym momencie za jego plecami rozległo się jedno wyjnięcie. Wozu policyjnego. Ze zgrzanymi jak grzanka policzkami obrócił się, by skontrolować, czy nie jest ścigany za podlanie krzaczków na Plantach. Zobaczył policyjnego poloneza, w którym na miejscu pasażera siedział Mamyszak.
- Redaktorze uprawiacie publiczny nierząd! - zawołał radośnie Mamyszak. - To karalne jest. Jeśli nie chcecie zostać za to przykładnie osadzonym wsiadajcie. Niekoniecznie w pojedynkę. Jedziemy w miejsce drugiego w tym mieście niespodziewanego poślizgu - zapraszał uprzejmie, nie do odrzucenia.
Szymon obrócił się ponownie, tyle że w przeciwnym kierunku. Uśmiechnięta wciąż, lecz z rozczarowaniem miłym Augustyna machała mu leniwie i kpiąco dłonią z użyciem palców. Jedyne co z niej przeczytał mówiło: się jeszcze zobaczy. Mimo wszystko, mimo wątpliwości zrobiło mu się ciepło i z ulgą podążył do poloneza. Tylne siedzenie było z plastiku. Niestety. Drapał szybę. Szkoda? Nie? Kto wie… Rozmyślania przerwało szarpnięcie starego sprzęgła. Polonez zgasł. Po chwili rzężenia znów zapalił, a wściekły na auto Mamyszak odpalił syrenę, choć polonez poruszał się najwyżej 40 na godzinę. - Niech kurwa wie świat, ze władza jedzie - uzasadnił wycie na pustych ulicach o 4 rano.
Wyszli z Marią Augustyną. Czy też Augustyna wyszła, a on za nią podreptał uprzejmie podając, pomagając, otwierając, zamykając. Ona złapała go parunastu sekundach pod ramię. Fleischmann przez następne kilka minut próbował więc złapać rytm kroku Augustyny, by nie robić jej przykrości. Milczał przy tym jak nagrobek rabina.
- Dokąd my właściwie idziemy - zapytała.
"No kurwa, musiała zapytać" - pomyślał.
- No, oboje mieszkamy w jednym kierunku, nie? - odparł rezolutnie.
- Aha? - westchnęła. Co było jasne dla obydwu stron, nie takiej odpowiedzi oczekiwała.
Zdążyli zrobić zaledwie kilkaset metrów. Weszli na Planty. Fleischmann nie wytrzymał.
- Muszę na kilka sekund się oddalić - tlumaczył się oddalając. Presja była zbyt wielka, by liczyć się z konsekwencjami. Po niedługim poszukiwaniu miejsca, skrycie umieścił owoc pracy swoich nerek pomiędzy korzeniami drzewa osłoniętymi krzakami. Na twarzy pojawił się wzmożony uśmiech debila, który został mu na twarzy, kiedy ponownie dawał się wziąć pod rękę przez Augustynę. Ta tym razem nie wytrzymała i prychnęła śmiechem. - Zastanawiałam się właśnie ile jeszcze będziesz tak wzdychał tęsknie, za toaletą - zakończyła prychanie. On się nie odezwał. Tylko miarowo potykał o występy w chodniku, kiedy zmierzali.
Kiwał się przed Augustyną wykorzystując prawą rękę jako oparcie (ta był a kolei wsparta na ścianie bramy). Wiedział niestety doskonale, że nie ma czasu na papierosa, w czasie którego mógłby się zastanawiać co zrobić; decyzję o tym czy pocałować musiał podjąć natychmiast.
Augustyna z radosnym acz również odrobinę nietrzeźwym uśmiechem grzebała bowiem w swojej torebce; w domniemaniu poszukując kluczy do bramy. Jej nadmiernie długie grzebanie przekonało Fleischmanna, że ta jedynie zła decyzja jaką mógł podjąć jest właściwym ruchem.
Wykorzystując wahanie swojej postawy cielesnej zaczął zbliżać więc twarz swoją w pobliże ucha Augustyny, zakładając że taki ruch w ewentualnym razie przypadku nieprzyjaznego odbioru, będzie mógł wytłumaczyć nieporadną próbą przesadnie wylewnego pożegnania.
Wtedy jednak mózgownica podsunęła mu jeszcze jedną wątpliwość - nad wyraz istotną w tym wypadku, jak mu się wydawało. - Jestem pijany - pomyślał. - Bardzo pijany. Jezu! Będę nieruchawy, bełkotliwy i powolny. Eeee... Może jednak nie dziś. Jeśli udało się raz… Może jeszcze się…
Było jednak za późno. Niekontrolowane wahnięcia spowodowały, że jego nos dostał się jednak w pobliże ucha Augustyny. Opory przed jedyną złą decyzją przełamał zapach, który poczuł: gruszki zmieszanej z brandy i majonezem.
- Boże, którego nie ma. Ona już teraz pachnie majonezem - westchnął w głowie swej.
Nabrał powietrza przez wciąż dymiące od 30-stego już dziś papierosa nozdrza i postanowił pochylić się kontrolowanie-przypadkiem ponownie.
Tym razem trafił (dopiero po dłuższej chwili złapał się na tym, że ktoś mu pomógł) w coś miękkiego, ciepłego, mokrego i ruchliwego. Zabolał go żołądek męczony przez całodzienny brak pożywienia, a plecy przypomniały mu, że chciałby się położyć.
Położyć się nie mógł, więc drugą ręką oparł się na ścianie bramy. To był już piąty punkt podparcia, bo nie licząc nóg i prawej ręki, od dłuższej chwili opierał się też ustami, które wcale nie opierały się w przełamywaniu oporu, wcale się nie opierających ust Augustyny.
Nagle okazało się, że klucze już dawno zostały odnalezione w torebce. W drzwiach bramy szczęknął zamek.
Niemal równocześnie w kieszeni Fleischmanna rozbrzęczał się dzwonek telefonu. Jeśli ktoś o czwartej nad ranem przedarł się przez jego filtry znaczyło, że trzeba odebrać.
Mamyszak?
- Halo kurwa. Redaktorze śpisz? Mam informację cenną. Może jeszcze zdążysz przed dedlajnem - rozległ się radosny wkurwiony głos Mamyszaka w słuchawce.
- Jestem już po każdym możliwym dedlajnie, włącznie z prywatnym dedlajnem wytrzymałości alkoholowej, a ty doskonale o tym wiesz - Fleischmann zdołał w sobie zebrać na tyle sił, by wyrwać się ze świata bramy Augustyny.
- Mamy kolejnego trupa. Na pewno cię to ucieszy, bo nie będziesz musiał rano wstawać na spotkanie. Twój szanowny wicedyr Architektury poślizgnął się nieszczęśliwie naprawiając dach swojego domu, wyobraź sobie - wygłosił klasyczną notatkę prasową Mamyszak.
- Super kurwa - przerwał połączenie i wyłączył telefon Fleischmann.
W tym momencie za jego plecami rozległo się jedno wyjnięcie. Wozu policyjnego. Ze zgrzanymi jak grzanka policzkami obrócił się, by skontrolować, czy nie jest ścigany za podlanie krzaczków na Plantach. Zobaczył policyjnego poloneza, w którym na miejscu pasażera siedział Mamyszak.
- Redaktorze uprawiacie publiczny nierząd! - zawołał radośnie Mamyszak. - To karalne jest. Jeśli nie chcecie zostać za to przykładnie osadzonym wsiadajcie. Niekoniecznie w pojedynkę. Jedziemy w miejsce drugiego w tym mieście niespodziewanego poślizgu - zapraszał uprzejmie, nie do odrzucenia.
Szymon obrócił się ponownie, tyle że w przeciwnym kierunku. Uśmiechnięta wciąż, lecz z rozczarowaniem miłym Augustyna machała mu leniwie i kpiąco dłonią z użyciem palców. Jedyne co z niej przeczytał mówiło: się jeszcze zobaczy. Mimo wszystko, mimo wątpliwości zrobiło mu się ciepło i z ulgą podążył do poloneza. Tylne siedzenie było z plastiku. Niestety. Drapał szybę. Szkoda? Nie? Kto wie… Rozmyślania przerwało szarpnięcie starego sprzęgła. Polonez zgasł. Po chwili rzężenia znów zapalił, a wściekły na auto Mamyszak odpalił syrenę, choć polonez poruszał się najwyżej 40 na godzinę. - Niech kurwa wie świat, ze władza jedzie - uzasadnił wycie na pustych ulicach o 4 rano.
2009/02/11
Odcinek 12 - czyli w duchy warto wierzyć
- No wiesz, to było tylko takie wspomnienie. Mam dziś nieszczególnie wysoki poziom kochania życia, więc mi się tak powiedziało. No, ale to była mimo owszystko prawda. Tyle, że jutro rano mogę nie być już tak radykalny - znowu zaczął się rozwijać Fleischmann, wzbudzając na twarzy Augustyny uśmiech, który od razu obarczył przymiotnikiem „ironiczny”. Choć niekoniecznie tak musiało być, a on zdawał sobie z tego sprawę, co dodatkowo powiększało jego wewnętrzną nerowowość.
„Jezu. Dlaczego ona akurat dziś się musiała pojawić. Przecież tyle lat się na nią gapię i nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby tyle do niej gadać.” - pomyślał wyłamując pod stołem palce swych dłoni, po czym nerwowo strzepnął dwa paprochy z papierosa z rękawa swego sweterka, a potem jeszcze zadbał o powierzchowną czystość stolika tym samym gestem.
- Ale to wcale nie było takie smutne. Potrafisz być po prostu optymistycznie smutny. To nie jest ani cyniczne, ani depresyjne co mówiłeś. Pytanie tylko, po co oszukujesz samego siebie. To prawie jakbyś czytał książki tylko po to, żeby żyć ich życiem, nie próbując ani trochę zabrać się za krytykę takiego świata - alternatywnie pociągnęła temat z redakcji Augustyna.
Mówiąc sięgnęła do leżących na stoliku jego papierosów, po czym zgrabnie wydłubała jedną sztukę, wymownie pokazując bez żadnego gestu, że nie ma czym odpalić. Fleischmann był tak zszokowany jej wypowiedziami do Dorsza i Masłowskiego z ostatniego kwadransa, że papieros w jej ustach był dla niego już tylko naturalną ich konsekwencją. Pospieszył z zapalniczką, która od razu nasunęła mu pomysł jak wyjść z kłopotliwej sytacji. Ale teraz musiał - czuł się w obowiązku, nie wiedzieć dlaczego - odpowiedzieć na jej zaczepkę.
- No ja wybitnie to nie czytam. Właściwie to z tego powodu czytam jedno i tak samo - wyjaśnił bez sensu, kończąc wypowiedź otwartymi ustami.
- No widzisz - wzruszyła ramionami, zaciągając się papierosem i zamilkła patrząc wnikliwie w jego oczy.
Żeby pokryć postępujące zażenowanie postanowił wytoczyć anegdotę, która miała go uratować i zbudować wizerunek knajpianego gawędziarza - w jego mniemaniu lepszy, niż posępnego milczka, który ożywia się jedynie sentymentalnie, bo ten wpędzał go w poczucie nagości.
- Tak na marginesie to przypomniało mi się, że papierosa odpaliłem ci zfeminizowaną zapalniczką - rozpoczął licząc, że „zfeminizowany” odstraszy ją od wnikania w szczegóły jego głowy i szarawej tęczówki. Od razu przypomniał sobie podsłuchaną dyskusję z postępowymi literatami i z żalem stwierdził, że to nie może zadziałać. Już z mniejszym impetem rozpoczął więc wyjaśnienia, tym razem będąc pewnym, że na jej twarzy pojawiła się ironia.
- Otóż z powodu starcia z kontrolerami na lotnisku byłem zmuszony wypróżnić ją z materiału chłonnego. Pozbawić ją pęcherza moczowego na benzynę. No i potem w żaden sposób nie mogłem tego naprawić, bo sklepy nie sprzedają zamienników do takie pęcherza. Więc pewnego razu sfrustrowany brakiem mej ulubionej zapalniczki postanowiłem naprawić ją domowym sumptem. Będąc na łonie redakcyjnym zszedłem do naszych kochanych sekretarek i poprosiłem o watę. Tej niestety nie było. Panie przestraszone moja potrzebą chłonnego opatrunku zaoferowały mi podpaskę, jako jedyne możliwe i posiadane rozwiązanie. Ucieszony ich pomysłowością, porżnąłem nożyczkami wspomnianą podpaskę super cienką ze skrzydełkami i wypchałem efektami tej działalności wnętrze zapalniczki. Chwilę później uświadomiłem sobie efekt. Feminizację - kończył zadowolony z siebie, ale niestety szybko zrzedła mu mina. Uśmiech Augustyny nadal był powściągliwy i ironiczny, a na dokładkę z kibla i spod baru do stolika wracali Dorsz z Masłowskim.
I znowu się zaczęło. Dorsz wykładał o osiągnięciach polskiej literatury ostatniego roku, szczególnie pod niebiosa wynosząc Izabelę Kowal, która swymi kolczykami w nosie i bezlitośnie wiwisekcyjnym rozpatrywaniem stosunków miłosnych sprowokowała niejednego, by nakłaniał ją do opuszczenia kochanego kraju Polski. Masłowski strzygał wtedy nerwowo dość gęstymi brwiami, wydając przy tym nerwowe chichoty. Zaraz też podniósł fragmenty swojej pracy doktorskiej o wyższości Sienkiewicza nad Mickiewiczem bynajmniej nie z powodów literackich, lecz ideowych i tego co też jeden i drugi wnieśli w ducha narodu przez siebie wielbionego i wice wersal i vis a vis.
Augustyna zaś, z razu na raz, czas co jakiś, odzywała się lub spuszczała oczy, czerwieniła się i liczyła kutasy swojego szala rozłożonego na udach.
Fleischmann teraz już z większym sensem przyglądał się temu i był całkowicie pewien, że jest przy placu boju. Szybko też zaczął zyskiwać pewność, że zwycięzcę będzie wskazać trudno. Może poza Augustyną, bo ona na tym układzie traciła najmniej. Gdyby nawet miała zwycięzcę wskazać na drodze losowania, zawsze mogła ogłosić konieczność ponownej bitwy i dać ponowne szanse obu delikwentom. A Fleischmann i tak nie wierzył, żeby któryś z apsztyfikantów, nawet odrzucony haniebnie, potrafił odmówić sobie tej następnej szansy, przy następnej okazji.
Jeden był problem. Fleischmann nie potrafił się odezwać. Nawet potrafiłby może nadążyć za postponowowczesną interpretacją przeżywanego świata, ale jakoś nie potrafił przemóc w sobie wstydu. I wtedy ni z gruchy ni z wiśniówy na krzesło koło niego zwalił się przysadzisty krasnal.
Poeta nicości, piewca bezczynności we własnej osobie. Włóczęga finansowy, pasażer osinobusów, mistrz. Jego wieczny zarost nie potrafił ukryć radości ze spotkania Fleischmanna. Ten zaś wiedział dlaczego. Zaraz będzie stawiał piwo.
- To ty? To na pewno ty? - pytał się Flammenbucher, bo to był on. Duch z przeszłości Fleischmanna. Wtedy gdy był jeszcze niewinnym prawiczkiem, nie splamionym alkoholem i nadmiarem nikotyny.
- Ja - odparł przerażony Fleischmann.
- Chłopaki jak rozumiem tu macie wolne miejsce - Flammenucher zwrócił się do Dorsza i Masłowskiego rozpychając się na zajętej przez „chopaków” sofie. - Ja z kolegą posiedzę, wam nie będę przeszkadzał. Co najwyżej mógłbym przeszkadzać Pani, alem nie gbur nie cham. Znam się tylko na tranzystorach - wyjawił fałsz o sobie Flammenbucher, a "choopcy" znudzeni przytaknęli wracając szybko do ważniejszego tematu.
- Choć dziewczę. Będę cię podrywał! - zawołał na tę okoliczność Flammen. Widząc naprawdę zdziwione oczy Augustyny, wyrażające zarazem niesmak jak i niezrozumienie kiepskiego dowcipu, Flammen szybko zwrócił się do Fleischmanna. - Bo widzisz mój chłopcze. Ja zawsze wyznawałem jedną teorię podrywania. Są trzy metody. Na rympał, czyli wiesz o co mi chodzi. Druga zaś metoda, jest dla tych, którzy pewni siebie się czują. Dla tych, co za znawców kobiet się uważają. I da się takich znaleźć. Np. ja myślę, że sobie bym poradził, potrafił bym za nos wodzić, uczuciami manipulować. Bo to już zna się trochę sposobów. Ale ja wolę tę najtrudniejszą, bo wymagającą największej cierpliwości metodę. Otóż największym wyzwaniem mój młody jest dawać się skutecznie podrywać. Uwierz mi, że nie jest to wcale łatwe. Łatwo przecież albo zniechęcić, albo spłoszyć - zasuwał Flammenbucher. Fleischmann zaś wstawał od stolika w drodze do baru świadom, że musi zamówić piwo. Być może to pozwoli mu nie zwracać uwagi na gadanie swojego byłego prześladowcy.
Minęło niemal dziesięć minut, kiedy wreszcie udało mu się na Kaspijczyku wymóc realizację zamówienia i powrócić do stolika. Oniemiał. Dorsz i Masłowski się ubierali. A przy Augustynie siedział Flammenbucher. I gadał. Ona uśmiechała się. Ale nie tak jak przez ostatnią godzinę. Uśmiechała się uprzejmie. Laska, którą zwykł bez żadnego powodu podpierać się Flammenbucher mogła być tego powodem. Poeta-krasnal twierdził, że laska była świetnym rekwizytem do rozmiękczania damskich serc, ale Fleischmann w to nigdy nie wierzył. Tym bardziej nie wierzył w jej działanie teraz. Augustyna po prostu nie przeszkadzała Dorszowi i Masłowskiemu w wyprowadzce.
Postawił więc ze stukiem piwo i kolejną i wiśniówkę na stole. I żałował. Bo przecież mógł przed chwilą powiedzieć Flammenowi, że na piwo dla niego pieniędzy już nie ma.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
O mnie
- puff
- niczego się na razie nie dowiecie...